To problem, o którym mówi się już od kilku lat: zamiast stać się wspólną przestrzenią dla całej ludzkości, internet podzieli los biblijnej Wieży Babel. Rozczłonkuje się na "państewka", których obywatele będą się odwiedzać rzadko i niechętnie. Albo wcale.

 
Najciekawszym i najtrudniejszym przykładem "bałkanizacyjnej" tendencji są Chiny (polecam mój tekst na press.pl). Chińska cenzura internetowa buduje bariery nie tylko polityczne i światopoglądowe, ale również... ekonomiczne. Blokując najbardziej pożądane światowe serwisy z YouTube na czele, tworzy luki, które coraz chętniej wypełniają miejscowe przedsiębiorstwa.I tak Google nie jest wcale najważniejszą wyszukiwarką w Chinach, zaś miejsce Wikipedii zajmują Baidu Baike czy Hudong. Zamiast E-Baya, jest Taobao. Zamiast YouTube'a - Youku i Tudou. Listę można ciągnąć, a chińska sieć z roku na roku sieć staje się coraz bardziej "wsobna" i niektórzy już mówią o "chintranecie".
 
W tej chwili jest to problem dla Chińczyków, odciętych od światowego mainstreamu. Dla nas ciekawie zacznie się robić, gdy wypasione na protekcjonizmie chińskie spółki wyruszą na podbój świata. A mają po temu wszelkie dane: najludniejszy rynek świata, zaplecze technologiczno-naukowe oraz nieprzebrane zasoby kapitału z chińskiej nadwyżki handlowej (póki za Wielkim Murem nie zacznie się kryzys).
 
Nie przepadam za amerykańskimi firmami komputerowymi, które miewają monopolistyczne ciągoty. Uwielbiam Google Chrome, Gmaila i parę innych rzeczy, ale przeraża mnie sytuacja, w której jedna firma zaczyna kontrolować główne sieciowe usługi. Z drugiej strony krzywo spoglądam na chińską Baidu, która zmierza w podobny kierunku - na chińskim rynku. Nie ma wprawdzie jeszcze swojego YouTube'a (jak Google, który wykupił ten serwis), ma za to własną wikipedię (Baidu Baike).
 
Paradoskalnie, chiński protekcjonizm sieciowy może się okazać OK, bo zwiększy pluralizm w światowej sieci. Ale to optymistyczny scenariusz, bo w kapitalizmie - także tym globalnym - wszystko nieuchronnie zmierza do koncentracji. Wielcy pożerają małych, zamieniając się w holistyczne molochy, takie właśnie jak Google czy Microsoft.
 
Wejście smoka do internetu podważy panujący w sieci pax Americana. Zbudowany jest on m.in. na języku angielskim, który powoli traci status narzecza absolutnie dominującego w internecie. To znaczy jest nadal uniwersalny, ale języki narodowe z roku na rok rosną w siłę. Przykładem jest niedawna reforma, umożliwiająca wpisywanie adresów http w językach narodowych. To mimo wszystko jakaś forma zamknięcia, bo oznacza, że z poziomu paska adresu wiele stron pozostanie niedostępne dla świata. Żaden Afrykańczyk czy Japończyk nigdy nie wystuka adresu szczeżuja.com, choć szczezuja.com jeszcze mógłby.
 
Kolejnym zagrożeniem jest właśnie cenzura. Odcina ona użytkowników w Chinach, Iranie czy na Białorusi od światowego obiegu informacji. Chiny są tu absolutnym trendsetterem i ich "chintranet" może się niestety stać wzorem. Obroną przez cenzurą są programy takie jak TOR, które pozwalają ominąć filtry, choć sieć działa wówczas wolniej.
 
Dzięki temu wiele zablokowanych serwisów ma w Chinach sporą rzeszę użytkowników. Nazw nie wymienię, ale z tych miejsc bije aura wolności i autentycznej, demokratycznej dyskusji. Internauci nie dają się Wielkiemu Bratu - to samo w sobie jest pokrzepiające.
 
Na razie Pekin nie podważa jeszcze "trójcy", na której opiera się światowa sieć" - to IP, DNS i WWW.
 
Takie pomysły już się jednak pojawiają i niewykluczone, że kiedyś zostaną zrealizowane. Dla rodzącego się supermocarstwa zachodnie standardy komunikacji w sieci mogą być równie dyskusyjne, jak dominacja dolara w roli międzynardowej waluty.
 
Nadchodzi czas, w którym dotychczasowe porządki zostaną zakwestionowane.
 
PS
Kto jeszcze nie czytał: "Rzp" wyprodukowała bardzo ciekawy blok o chińskiej nauce.